Znam ludzi przekonanych, iż gry konsolowe zawierają jedynie treści przepełnione krwią, wymyślnymi giwerami i panienkami z astronomicznymi piersiami. Ten wpis dedykuje takim właśnie delikwentom. Czas na nauczkę, z której wyniosą ważną lekcję - nie wypowiadać się na tematy o których nie mamy bladego pojęcia.
Przykładem potwierdzającym ignorancję rzeczonych dyletantów, jest Parappa the Rapper. Zapewne większość po rzuceniu okiem na obrazki skwituje grę niepochlebną opinią: błąd! Mamy do czynienia z niesamowitym tytułem; pozycją, która rozchmurzy chłopaka, dziewczynę, młodego oraz starszego, dziełem idealnym na gorsze dni.
I choć opis "papierowy buldog robi wszystko by zwrócić uwagę swej ukochanej" nie jest szczytem finezji fabularnej, nie o scenariusz tu się rozchodzi. Podczas wspomnianych prób, Gracz ma zadanie naciskać to, co ukazuje mu się na ekranie. Brzmi nieciekawie? Niekoniecznie. Utrzymanie tempa i rytmu (szczególnie przy szybszych piosenkach) potrafi zdezorientować najbardziej skupionego Gracza.
Co zatem jest tak wciągającego w tym tytule?
Po pierwsze - muzyka i tekst. Nie sposób nie bujać się podczas zaliczania kolejnych etapów, a przy n-tym powtórzeniu (i zapamiętaniu tekstu) nie śpiewać wraz z Parappą.
Po drugie - wykreowany świat przez Masaya Matsuurę cechuje wysoki poziom zakręcenia. Tu wszystko ociera się o surrealizm! Scenki są przepełnione optymizmem, a kultowe słowa "I gotta believe" wywołują u każdego szeroki banan na twarzy. I to prowadzi nas do punktu trzeciego - Parappa the Rapper jest idealny na doła. Nikt nie może oprzeć się urokowi bezpretensjonalności tego tytułu. Ani przez sekundę nie ujrzysz tutaj broni czy krwi.
I nie jest to przypadek potwierdzający regułę. Czy gry można dodać do kategorii sztuki - to już temat na inny wpis, ale wg. mnie - TAK. I niekoniecznie Parrapa the Rapper zasługuje na takowe określenie. Nie zmienia to faktu, że jest to gra, którą trzeba znać. I nieważne czy mienisz się jako Gracz, czy nie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz